Szukaj
  • Katarzyna Żeglicka

Jedno oko na Maroko, drugie na kontakt


Bywa, że często myślę o swoich oczach i o tym, co wiem na temat tzw. kontaktu wzrokowego. Czuję dużą irytację, gdy próbuję połączyć te dwie rzeczy. Dlaczego? Zacznę od definicji z Wikipedii „ Kontakt wzrokowy to środek wyrazu w komunikacji niewerbalnej, wszelkie wymiany spojrzeń pomiędzy ludźmi pozostającymi w interakcji.(…) Patrzenie na inną osobę jest przejawem pozytywnej albo negatywnej oceny. Inną istotną funkcją kontaktu wzrokowego jest koncentracja uwagi na rozmówcy.” Moje oczy nie wpisują się ten normatywny schemat, a mimo to jestem niewolnicą tego sposobu komunikacji.

Ale od początku...


Czerwone korale

Historię mojego nie/widzenia znam od mamy. Czasem proszę ją, żeby po raz kolejny mi ją opowiedziała a wtedy słucham, jakby opowieść nie była o mnie. Ponoć do pierwszego roku życia nie widziałam. Wycieczki od lekarek do lekarzy miały znaleźć lekarstwo na niewidzenie i odpowiedź na pytanie „czemu?”. Dosłownie prześwietlano mi oczy na wylot. Wyciągnięto je też na wierzch, by oglądnąć ze wszystkich stron. Świecono w nie różnego rodzaju ustrojstwami. Niestety z mojej strony nie było żadnego kontaktu wzrokowego, ze strony lekarzy/rek aż za duży. Niestety na moje niewidzenie nie znaleziono lekarstwa. I tu do akcji wkracza moja mama, mistrzyni drugiego planu, wożąca mnie stopem z domu do kliniki okulistycznej w Krakowie i z powrotem. Jest ona główną bohaterką tej herstorii. Mama sprowadza od przyszywanej ciotki z Izraela jakiś specyfik, który podaje mi w tajemnicy przed lekarzami. Skutek? Kolejna wizyta u okulistki. Mama trzyma mnie na rękach i rozmawia z lekarką. Pewnie obie są w kontakcie wzrokowym. Tymczasem ja nawiązuję kontakt wzrokowy z czerwonymi koralami na szyi lekarki.

Przyśpieszenie akcji:

Chwytam lekarkę mocno za korale i ciągnę

Lekarka krzyczy, że ja widzę

Pewnie ja płaczę, bo ona krzyczy

Pewnie mama krzyczy, bo ona krzyczy a ja płaczę

Pewnie wszyscy biegają i krzyczą, że stał się cud, cud, cud…

A potem badania, badania, lata rutyny i przyzwyczajanie się do „normalnego” kontaktu wzrokowego.


Triki na kontakt wzrokowy

No więc stał się cud, ale za nim odkryłam schody. Czasem się na nich potykałam, bo zbyt mocno świecił mi w oczy neon z napisem „Kontakt wzrokowy”. Wtedy zamiast imienia, słyszałam „okularnica”, „zezowata”, „ślepa”. Był tam też mój głos, ten najbardziej każący… „Ale ze mnie ślepota”. Do dziś zdarza mi się go słyszeć. Teraz jednak wiem, że to nie są moje słowa, lecz echo tych, które słyszałam w dzieciństwie.

Aby być adresatką definicji z Wikipedii codziennie wypracowywałam sposoby, żeby moja wada (obecnie zaleta) wzroku była niewidoczna. Siadałam po prawej stronie osoby, z którą rozmawiałam, przechylałam głowę pod odpowiednim kątem, nie nosiłam okularów, nosiłam piękne oprawki, unikałam spojrzeń i wiele innych, o których nie napiszę z różnych powodów. Dziś trochę mnie to śmieszy a trochę smuci. Z jednej strony wykazywałam się dużą pomysłowością a z drugiej kosztowało mnie to sporo energii. No bo jak stale pamiętać o kontakcie wzrokowym, kiedy prawe oko udaje oko sokolicy a lewe nic nie widzi a jego ulubionym zajęciem jest (nie)patrzenie na płatek nosa? Do tego jeszcze ten oczopląs, który nie wie co to kontakt wzrokowy. No chyba, że uzna (ponoć), że jestem bezpieczna. Jeśli zdarzyło ci się widzieć moje oczy patrzące długi czas wprost na Ciebie to możesz uznać się za szczęściarza/szczęściarkę. Wg definicji z Wikipedii nawiązałam z Tobą kontakt wzrokowy 😊 Jeśli tego nie doświadczyłeś/aś, nie oznacza to, że nie jestem z Tobą w kontakcie… ja jestem, ale moje oczy nie.


Nauka poszła w las

Przez lata przygotowywałam się do pracy z ludźmi, uczyłam się też, jak ogromną rolę w rozmowie odgrywa kontakt wzrokowy. Potem sama przekazywałam tą wiedzę osobom, przygotowując je np. na rozmowę o pracę. Lata praktyki mijały a ja coraz bardziej zdawałam sobie sprawę, że coś tu nie gra. Przekonuję ludzi, jak ważny jest kontakt wzrokowy z rozmówcą/czynią, a tymczasem moje oczy pląsają w najlepsze. Im bardziej chcę nad nimi zapanować, tym ich pląs jest szybszy. Najmocniej odczułam to podczas jednego z warsztatów, gdy przez 2 minuty miałam utrzymać kontakt wzrokowy z koleżanką. Martyna (partnerka w ćwiczeniu), patrzyła na mnie swoimi pięknymi oczami a ja w tym czasie myślałam o swoim oczopląsie i rozlatywałam się na kawałki. Nie mogłam sobie darować, że nie potrafię nieruchomo na nią patrzeć. Ze środka mój kontakt wzrokowy był statyczny, na zewnątrz moje oczy latały w prawo i lewo. Niby nic, takie proste ćwiczenie, a ja rozleciałam się i mimo bezpiecznej przestrzeni oraz rozmowy z Martyną nie mogłam posklejać.


Nauka akceptacji

Zdaję sobie sprawę, ze kontakt wzrokowy jest istotną częścią komunikacji między ludźmi (i nie tylko). Sama, gdy nie myślę o oczopląsie, lubię go utrzymywać. Wiem, że moje oczy tańczą swoje, gdy moja uwaga jest skupiona mocno na osobie, z którą jestem w kontakcie. Ta świadomość mi bardzo pomaga. Ostatnio zdałam sobie jednak sprawę, że jestem niewolnicą tego elementu komunikacji niewerbalnej. No bo:

· Ileż razy zdarzyło mi się uznać, że osoba mnie nie słucha, albo nie jest mną zainteresowana, tylko dlatego, że na mnie nie patrzy?

· Ile energii kosztowało mnie w młodości ukrywanie mojej niepełnosprawności wzroku?

· Ile bólu sprawiły mi teorie i komentarze na temat kontaktu wzrokowego?

· Ileż to razy czułam zawstydzenie i zażenowanie z powodu moich oczu, tylko dlatego, że mi biegają?


Codziennie uczę się akceptacji swojego spojrzenia. Dużo łatwiej mi zaakceptować siebie niż świat. Kosztuje mnie to jednak dużo energii, żeby bez zażenowania patrzeć po swojemu przed siebie, nie myśleć o tym, że moje oko patrzy na Maroko, ani o tym, że mój kontakt wzrokowy może budzić w innych dyskomfort. Poza tym nie jestem sama. Obok mnie są: osoby niewidome, osoby z zespołem Aspergera, osoby, które nie lubią/nie chcą patrzeć na innych, osoby, które mają gdzieś ten cały kontakt wzrokowy a mimo tego są w kontakcie.

12 wyświetlenia